Kierownicza rola partii zamiast samorządu
Z Jerzym Smoczyńskim, byłym, wieloletnim burmistrzem Białołęki, obecnie radnym Porozumienia Samorządowego „Gospodarność” – rozmawia Agnieszka Wróblewska
– Po co właściwie mamy głosować na radnych Dzielnicy, skoro tak nie wiele możecie tu zdziałać? Wybieramy swoich przedstawicieli, a wszystkie ważniejsze decyzje zapadają tam gdzie jest klucz do kasy, czyli na szczeblu miasta.
– Te same wątpliwości mają sami radni. Mówią nieraz że nie ma sensu się szarpać, bo jak ma być i tak zdecyduje Rada Warszawy, a w tej Radzie z Białołęki są tylko trzy osoby więc głos mamy słaby. Ale najłatwiej się poddać i nic nie robić. – Jeśli nic nie możesz zrobić to po co bierzesz diety? – pytam takich zniechęconych. Nigdy nie jest tak, żeby nie dawało się przeforsować decyzji jeżeli jest dostatecznie silna wola żeby o swoje zdanie walczyć. O ile oczywiście to „swoje zdanie” ma sens. To prawda, że Rada Warszawy może inaczej zdecydować niż Rada Dzielnicy i odrzucić nasz pomysł. Ale takiego prawa nie mogą nadużywać. Jeżeli tu, na dole będziemy konsekwentni i uparci a tam, na górze będą nas lekceważyć, to jest jeszcze przecież opinia publiczna. Nie szukajmy więc łatwego rozgrzeszenia dla własnej bierności. Nawet w ramach tej ograniczonej samodzielności jaką mamy obecnie można sporo zrobić. Ważna jest determinacja działaczy społecznych, motywacja, chęć działania.
– A skąd się bierze motywacja i determinacja samorządowych działaczy?
– No właśnie. Myśmy na początku lat 90-ych pracowali w trudniejszych warunkach. Białołęka była wtedy częścią wielkiej gminy Praga Północ, pieniędzy brakowało, infrastruktury żadnej, a przecież budowaliśmy więcej niż teraz. Tylko że wtedy czuliśmy że od nas coś zależy, był zapał w samorządach, walczyliśmy o nowe ulice, o wodociąg o kanalizację. Ale wtedy była samorządność, a teraz nie ma. Skończyła się w Warszawie parę lat temu razem ze zmianą ustroju stolicy.
– Ma Pan na myśli ograniczenie samodzielności w dzielnicach?
– Nie tylko. Mam na myśli przede wszystkim partyjniactwo. Władzę samorządową zastąpiła władza partii. Radni, zarówno w dzielnicach jak i w mieście są wykonawcami decyzji partyjnych. To znaczy, że w pierwszej kolejności kierują się tym co partia popiera a nie interesem terenu który mają reprezentować.
– Te interesy nie muszą być sprzeczne.
– Nie muszą, ale bywają. Rozmawiamy np. prywatnie w gronie radnych o sprawach dzielnicy, zgadzamy się co dobre, co złe, co i jak trzeba zrobić, a kiedy przychodzi do decydowania partyjni głosują inaczej. Tak było np. w sprawie lokalizacji dla kupców spod Stadionu na ul. Marywilskiej. Wszyscy się zgadzali, że bez dróg dojazdowych nie wolno wpuszczać tu takiego wielkiego targowiska. Nie mam nic przeciwko kupcom, proszę bardzo niech handlują, niech inwestują, ale przecież nie kosztem żywotnych interesów mieszkańców naszej Dzielnicy. Mogliśmy w tej sprawie twardo domagać się najpierw budowy drogi, ale nie, władza stołeczna podjęła decyzję i bezwarunkowo, po linii partyjnej, trzeba było się jej podporządkować. Wszyscy radni PO, poza jednym, Panem Pelcem, głosowali za wpuszczeniem kupców od razu. A że mają większość, kupcy już tam są a drogi nie ma. A przecież niewielkim kosztem można tam zrobić np. bezkolizyjny dojazd, wystarczy zbudować most przez Kanał Żerański. Tego też się nie robi.
– Niby dlaczego interes partii ma być dla radnego ważniejszy niż interes dzielnicy którą reprezentuje i w której żyje? Czy on nie jeździ tymi samymi zatłoczonymi ulicami?
– Partyjnych obowiązuje partyjna dyscyplina. Wyłamywać się nie chcą, bo nieposłuszeństwo może zostać ukarane przy wyborach. Nazwisko spadnie na dalsze miejsce i koniec kariery. Widać ta kariera jest dla wielu ważniejsza niż interesy lokalne.
– Na jakim polu radni mogliby więcej zdziałać gdyby im się bardziej chciało chcieć i gdyby mniej wsłuchiwali się w interes partyjny?
– Można by na przykład budować więcej lokalnych dróg. Nie ma co zwalać tego zaniedbania na miasto. Gdyby z naszej strony był większy nacisk, pieniądze na budowę dróg na pewno by się znalazły. Ale nacisków brak. Zamiast zawracać sobie głowę budowaniem dróg i w ogóle infrastruktury, władze Dzielnicy wolą ten kłopot scedować na deweloperów. Chcesz stawiać osiedle, buduj drogi, kanalizację, a nawet przedszkola i szkoły. Tylko że ta pozornie chytra polityka ma drugą stronę medalu.
Za PRLu nie dawano zezwoleń na budowę w granicach Warszawy, to rozwijały się miejscowości za miedzą – Jabłonna, Nieporęt, Łomianki itp. Kiedy po 90-ym roku otworzyły się tu możliwości, inwestorzy przyszli do nas. Myśmy budowali ulice, drogi, wodociągi a oni budowali domy czy usługi. Kiedy teraz inwestor ma sam budować infrastrukturę, co jest przecież obowiązkiem gminy, będzie wolał przenieść się w pobliskie okolice gdzie oferują mu teren uzbrojony. I potem władza Dzielnicy zdziwiona – jest ziemia pod inwestycje a chętnych do kupna brakuje, albo dają marne grosze.
– W dodatku nie ma ciągle planów przestrzennych i latami wloką się zezwolenia na budowę. Jaka to klątwa została rzucona na urzędników i architektów że nie radzą sobie z tymi planami?
– To nie klątwa, to pieniądze. Jest zbyt wielu zainteresowanych tym, żeby planów za szybko nie zatwierdzać. A już na pewno nie wprowadzać w życie. W mętnej wodzie łatwiej złowić rybę. Można wtedy przeciągać w nieskończoność wydawanie pozwoleń na budowę, lub wydawać tam, gdzie sobie decydenci i urzędnicy ustalą. Można bezpodstawnie narzucać inwestorom np. budowanie dróg do czego zobowiązana jest gmina. Gdyby w Warszawie wszędzie były już plany miejscowe cena gruntu na obrzeżach miasta nie powinna przekraczać 100 złotych za metr. A kosztuje znacznie drożej tam gdzie są plany a mniej gdzie nie ma planów i to jest w interesie potężnego lobby.
Plany są podstawą porządku i harmonijnego rozwoju. Ale uszczuplają władzę decydentów i urzędników.
– Winę za brak planów ponoszą też kolejne rządy bo zwolniły gminy z obowiązku ich sporządzania. Ale w Warszawie, mimo to, bardzo dużo się teraz buduje. Może jednak są jakieś zalety tego bardziej scentralizowanego ustroju miasta?
– Buduje się dużo za pieniądze prywatne – osiedla, obiekty usługowe i handlowe, i z budżetu państwa – stadiony, trasy szybkiego ruchu. Ja wielu zalet obecnego ustroju stolicy nie widzę. Mam nadzieję, że tę prawdę podziela już większość działaczy, tylko że działacze wyższego szczebla nie chcą rezygnować z prawa do dysponowania większymi pieniędzmi. W systemie ustalonym w 1990 roku podatki od podmiotów prawnych i osób fizycznych szły bezpośrednio do gmin. Białołęka była gminą, byliśmy zainteresowani tym, żeby się rozwijać. 10 tysięcy mieszkańców więcej, to znaczy że do kasy gminy wpłynie z PITów ok.9 mln złotych. Tak było i tak jest. Tylko że teraz miasto zabiera podatki, także od większych firm, opłaty skarbowe itp. Potem daje nam pieniądze na potrzeby lokalne, albo uznaje że nie da. I tak w 2002 roku mieliśmy w Białołęce na inwestycje 60 mln złotych a teraz mamy 40. Chociaż mieszkańców było w Dzielnicy dwa razy mniej.
Gdyby reforma z 2002 roku nadała Radzie W-wy status rady powiatowej, to dzielnice byłyby traktowane jak gminy i zostawałaby tu część podatków, która należna jest gminom. Wtedy warto byłoby zabiegać o rozwój firm na swoim terenie bo podatki zostawałyby na miejscu. A po co teraz brać sobie na głowę dodatkowe kłopoty skoro zyski z tego pójdą do miasta? Tak myśli obecnie większość burmistrzów dzielnic.
– Do 2010 roku 90 procent miasta stołecznego Warszawy miało być podłączone do kanalizacji. Potem Unia Europejska przedłużyła ten termin jeszcze o dwa lata. Jeśli w 2012 roku kanalizacji nie będzie miasto zapłaci gigantyczne kary. Na podstawie tego co widzimy koło siebie ten termin jest zupełnie nie realny.
– Kanalizacja wlecze się i będzie się wlokła, między innymi dlatego, że nie wprowadza się w życie planów miejscowych i nie jest uregulowany stan prawny ulic. Wykup ziemi pod ulice kosztuje, ale można przecież ściągać opłaty adiacenckie*, które zrekompensują te wydatki.
– Czym Pana ugrupowanie, „Gospodarność” i Wasi radni różnią się od radnych popieranych przez partie polityczne? Dlaczego niby Wasi radni mają być bardziej gorliwi w reprezentowaniu interesów Dzielnicy?
– Z tego powodu, o którym mówiłem na początku – tu nie ma szans zrobienia kariery politycznej jeśli będzie się posłusznym wyższej instancji. Szukamy kandydatów na radnych tylko wśród takich ludzi którzy chcą i potrafią dużo zrobić dla swojego terenu.
*Jest to opłata, którą właściciel gruntu ma obowiązek zapłacić jeżeli gmina wybudowała drogę, kanalizację, wodociąg itp. i dzięki temu wartość jego nieruchomości wzrosła
| « Bartłomiej Włodkowski: Mam opinię krzykacza | Krzysztof Pelc: Z absurdami będę walczył ... » |
|---|



