Get Adobe Flash player

postheadericon Bartłomiej Włodkowski: Mam opinię krzykacza

Z Bartłomiejem Włodkowskim, prezesem Fundacji AVE, radnym Dzielnicy Białołęka ze Stowarzyszenia „Gospodarność” rozmawia Agnieszka Wróblewska.

Fundacja „Ave” wyrosła na potęgę – kilkadziesiąt imprez rocznie dla wielu tysięcy uczestników, ponad stu aktywnych wolontariuszy, własna gazeta, własny lokal, wydawnictwa książkowe. I pan – zawodowy już społecznik na czele, radny w naszej Dzielnicy. Jak się buduje taki sukces?

– Zaczęło się od chóru. W 90-ych latach dołączyłem do chóru przy kościele w Płudach, a jest to chór z wielką tradycją, sięgającą czasów przedwojennych. Udało mi się ściągnąć tam grupę okolicznej młodzieży i z nią razem organizowaliśmy festiwale, na które zapraszaliśmy inne chóry. Imprezy nabrały takiego rozmachu, że postanowiliśmy usamodzielnić się od kościoła i uzyskać osobowość prawną. Tak mnie ta działalność wciągnęła, tyle nowych pomysłów się cisnęło, że nie szukałem już innego sposobu na życie. Studiowałem wcześniej prawo i historię, ale uznałem że zamiast siedzieć w biurze czy uczyć w szkole można szerzyć kulturę i edukację poza formalnymi strukturami. I uznałem, że frajda osobista będzie z tego większa, bo daje więcej pożytku społecznego.

Formalnie Fundacja istnieje od 2005 roku, ale już wcześniej prowadziliśmy wiele z programów, które nadal prowadzimy – zajęcia edukacyjne dla dzieci, festiwale muzyczne, spektakle teatralne, konkursy poezji, np. konkurs inspirowany twórczością ks. Jana Twardowskiego – tu w eliminacjach szkolnych bierze udział parę tysięcy uczniów. Organizujemy też wyprawy turystyczne, spływy kajakowe. Głównie działamy wśród młodzieży, ale bardzo się też przyjął np. festiwal dla zespołów artystycznych trzeciego wieku. Starszych ludzi mamy coraz więcej, i coraz więcej takich, którzy nie chcą się tylko nudzić w domu. W Polsce jest już 200 uniwersytetów trzeciego wieku! W tym roku nasze Juwenalia III-go wieku będą miały charakter międzynarodowy, ponad półtora tysiąca osób się zapowiedziało.

Gdzie to wszystko się odbywa?

– W ośrodkach i domach kultury, w szkołach, często też w plenerze.

Skąd bierzecie pieniądze na taką rozbudowaną działalność, na opłaty, na materiały, a przecież i Pan musi z czegoś żyć?

– Startujemy w konkursach o przydział pieniędzy głównie publicznych, ale także przeznaczanych przez różne organizacje na określone cele, np. przez Akademię Rozwoju Filantropii, instytucje prywatne, społeczne, ministerstwa. Około 80 wniosków rocznie składamy i mniej więcej połowa z nich wygrywa w konkursach. Mamy też niewielkie wsparcie unijne, ale to głównie na wymiany zagraniczne młodzieży. Część naszej działalności ma charakter komercyjny, choćby spływy kajakowe. Z tego opłacamy np. ten lokal, który służy Fundacji od kiedy wyprowadziliśmy się z żoną do innego mieszkania.

Wybór do Rady Dzielnicy był logicznym ukoronowaniem Pana sukcesów. Można powiedzieć klasyczna kariera: aktywnego społecznika wciąga się do samorządu lokalnego, żeby mógł rozwinąć skrzydła. Jest Pan teraz blisko władzy gdzie można wpływać na całą lokalną politykę.

– Nie nazwałbym swojej pracy w Radzie ukoronowaniem tego co robię w Fundacji. Tutaj mam realny wpływ na to co się tworzy, a w Radzie Dzielnicy mam często poczucie walki z wiatrakami. Organizacja pozarządowa tym się różni od urzędu, że dla nas nie ma rzeczy niemożliwych. Jest problem, zadanie, wyzwanie i szukamy sposobu żeby sprawę załatwić. A w urzędzie odwrotnie – wyłania się problem, to trzeba szukać sposobu żeby go gdzieś upchnąć albo podrzucić komu innemu. Nie tak w praktyce wygląda samorząd lokalny jakby nam się marzył.

– Poczucie porażki?

– Największe pretensje mam o to, że władze Dzielnicy nie zdołały wynegocjować żadnych inwestycji, które rekompensowałyby wielkie uciążliwości jakie spadły na mieszkańców z tytułu gigantycznej rozbudowy Czajki i ulokowania targowiska przy Marywilskiej. Jak dalece nie jesteśmy w Dzielnicy suwerenni w podejmowaniu decyzji najlepiej było widać kiedy musieliśmy odstąpić od warunku – zgoda na targowisko, ale najpierw droga dojazdowa bo i tak mamy tu komunikacyjny horror. Wszyscy radni byli za, póki nie przyszła dyrektywa do radnych partyjnych. Warunek przepadł i targowisko już jest, a rozbudowa dróg w mglistych planach. Na otarcie łez dostaliśmy dwa place zabaw i to umieszczone w willowej okolicy gdzie jest nie wiele dzieci.

Partyjni radni lubią używać słowa „przełożenie”. Mówią, że im silniejsza jest grupa partyjna, tym lepsze przełożenie, czyli większa szansa załatwienia lokalnych spraw na forum miasta, gdzie władzę ma ta sama partia. Mamy tu silne ugrupowanie PO, a załatwionych spraw mało, więc albo to nie jest prawda, albo ci nasi partyjni słabo są w mieście notowani i przez to mało skuteczni.

– Władze Dzielnicy twierdzą, że bardzo dużo zrobiono, radni opozycji, że bardzo mało, a my, mieszkańcy mamy poczucie, ze gra się po prostu o nasze głosy przed wyborami.

– Uważam, że do sukcesów burmistrza Kaznowskiego można zaliczyć zwiększenie budżetu na kulturę w Białołęce. Tylko że to są relatywnie małe sumy – milion złotych wystarczy czasem, żeby w tej dziedzinie nastąpiła odczuwalna poprawa, a np. szkoły czy przedszkola nie da się za to postawić. Tymczasem sytuacja w oświacie jest dramatyczna. Uspakajano nas jeszcze niedawno, że problem edukacji jest w Dzielnicy rozwiązany. Teraz okazuje się, ze w roku szkolnym 2011/12 w samych szkołach podstawowych przybędzie ponad 2,5 tysiąca dzieci. Nie licząc nie zameldowanych, a w Białołęce jest takich, mniej więcej, jedna trzecia mieszkańców. W tym roku szkolnym do podstawówek przyjdzie 600 nowych uczniów i wszystkie szkoły w Dzielnicy będą musiały już uczyć na dwie zmiany. A teraz, nawet gdyby nastąpił cud i spadło z nieba sto milionów, żadnej szkoły nie zdąży się już wybudować. Ostatnią szkołę oddano w Białołęce do użytku w ub. roku przy ul. Ostródzkiej. Zaplanowana została w poprzedniej kadencji. A co my zostawimy po sobie? Bo szkoła na Nowodworach została z planu wykreślona, a 5 szkół zapisanych w wieloletnim programie inwestycyjnym (t.zw. WPI), to jeszcze daleka perspektywa.

Cztery lata temu nagłośniony został sukces Białołęki – tanie przedszkola modułowe. Dobudowano jeden taki moduł do szkoły, (wykorzystywany jest teraz przy rozbudowie innej szkoły) a następnych modułów już nie ma. Kiedy pytamy – dlaczego, słyszymy że brak pieniędzy. Tymczasem ten nasz wspaniały wynalazek podchwycił np. Targówek i postawił już 3 przedszkola w tej technologii. W dodatku wykorzystał fundusze unijne do tworzenia bazy przedszkolnej. A propos środki unijne. U nas poza małymi programami edukacyjnymi poważnych projektów strategicznych z wykorzystaniem środków unijnych nie widać, a wystarczy zajrzeć do internetu żeby zobaczyć jak inne dzielnice Warszawy potrafią wykorzystać fundusze UE.

– Zarząd Dzielnicy odpiera takie zarzuty, przypomina, że na naszym terenie trwają wielkie inwestycje – Most Północny, rozbudowa Modlińskiej, Trasa Toruńska.

– A jaka w tym zasługa władz Białołęki? To są przecież inwestycje miejskie albo krajowe. U nas powinno się budować szkoły, ulice, parkingi przy stacjach kolejowych czy rewitalizować Kanał Żerański. Ten wspaniały kanał jest dziś nieużytkiem, nie zrobiono tam nic, choćby przystani z wypożyczalnią kajaków. A nasz burmistrz snuje marzenia o uruchomieniu na kanale regularnej komunikacji tramwajem wodnym. Pomysł o tyle efektowny co nierealny bo hydrolodzy mówią, że stała komunikacja na Kanale Żerańskim nie jest możliwa.

Mam pretensje i o to, że każda, nawet drobna inwestycja wlecze się bez końca i drogo kosztuje. Nie rozumiem dlaczego np. plac zabaw przy ul. Ceramicznej musi kosztować 2,5 mln złotych i budowa rozciągnięta jest na trzy lata. Dlaczego spółdzielnia, która buduje osiedle może porównywalny plac zabaw zrobić szybko i za 200 tysięcy? I w ogóle dlaczego nie można wynegocjować z deweloperami, żeby robili ogólnodostępne place zabaw razem z osiedlami? Od dwóch lat słyszymy że deweloper w Białołęce wschodniej ma wybudować dom kultury i przekazać miastu. Ale co, gdzie, jak – nie wiadomo, bo burmistrz chce to ogłosić kiedy wszystko będzie dopięte, żeby sukces lepiej sprzedał się medialnie. Dobrze że powstał park Henrykowski, ale nie rozumiem dlaczego kosztował ponad 4 mln i to nie koniec wydatków? W dzielnicy gdzie są takie potrzeby edukacyjne i komunikacyjne wypadałoby każdą złotówkę oglądać przed wydawaniem. .

– Często Pan mówi – „nie rozumiem”, a przecież po to zostaje się radnym, żeby właśnie rozumieć co się w dzielnicy dzieje.

– Pytam na każdym posiedzeniu Rady, odpowiedzi dostaje na ogół mgliste, a efekt jest jedynie taki, że dorobiłem się opinii krzykacza i czarnej owcy. Inaczej wyobrażałem sobie samorządność. Dwa lata temu powołaliśmy do życia w Dzielnicy Komisję Dialogu Społecznego, która skupia ok. 15 organizacji najbardziej aktywnych na tym terenie. Jestem jej przewodniczącym i od początku zabiegam o spotkanie Komisji z burmistrzem, nie udaje się. Prosiliśmy, w imieniu organizacji pozarządowych żeby w gazetce „Czas Białołęki” wydawanej przez Zarząd Dzielnicy za 100 tysięcy złotych rocznie publicznych pieniędzy, udostępniono nam jedną stronę na informacje o tym co robimy czy planujemy. I nawet w takiej drobnej sprawie nie udaje się z urzędnikami dogadać.

Po wyborach burmistrz obiecywał, że każda szkoła w Białołęce będzie otwarta dla aktywności społecznej. Nic z tego nie wyszło i nawet nie można się doprosić, żeby boiska szkolne udostępniono dzieciakom w czasie wakacji. Problem okazuje się za trudny do przeskoczenia! Wyliczono, że takie udostępnienie boisk w sezonie kosztowałoby 3-4 tysiące. Dlaczego?! Przecież wystarczyłoby dopłacić dozorcy szkolnemu parę złotych, żeby pilnował porządku na boisku, a w razie kłopotów zadzwonił do policji czy straży miejskiej.

– Nie ma Pan się z czego cieszyć na podsumowanie tej kadencji?

– Załatwiałem wiele drobnych spraw z którymi ludzie się borykali, interwencje lokalowe, remonty, konflikty w szkołach. Za sukces poczytuje sobie upowszechnienie historii i dziedzictwa kulturowego Białołęki. Udało nam się przygotować Wirtualne Muzeum Białołęki, już od września będzie dostępne w Internecie. Ale cieszyłbym się bardziej gdyby władza lokalna była bardziej przyjazna ludziom. Sporo gorzkich słów na ten temat mogą powiedzieć choćby mieszkańcy z sąsiedztwa budowy Czajki. Ucierpieli bardzo w wyniku tej inwestycji a u przedstawicieli swojej władzy zrozumienia nie znajdują. Albo taki samolubny gest urzędniczy – zagrodzone parkingi przy Urzędzie. Można zrozumieć, że w dni powszednie miejsca do parkowania potrzebne są urzędnikom, petenci niech sobie radzą sami. Ale dlaczego w czasie weekendów też zamykają tam szlaban? Parkingi świecą wtedy pustką, a grupy turystyczne, kulturalne czy inne organizowane w ramach działalności społecznej straciły znakomite miejsce zbiórki dla autokarów. Drobna sprawa, ale bardzo wymowna.

 

postheadericon Czytaj również

Aktualności
Facebookfans

Felieton
Artur Magott: AQUAPARK na terenie Białołęki to konieczność

Aktywność fizyczna dla nas i naszych dzieci jest niezbędna dla dobrego zdrowia i lepszego samopoczucia. Rower, piłka, tenis i spacery to najczęściej uprawiane przez mieszkańców Białołęki formy aktywności fizycznej.

 

Więcej …
Wywiad
Krzysztof Pelc: Z absurdami będę walczył ...

z kandydatem na radnego w Dzielnicy Białołęka z listy Gospodarności rozmawia Agnieszka Wróblewska

- Dobrze, że zdecydowałeś się kandydować ponownie w wyborach do Rady Dzielnicy, bo jesteś tu, w naszej części Białołęki najbardziej rozpoznawalnym społecznikiem. Mówi się o Tobie – lokomotywa, która ciągnie lokalne inicjatywy.

 

Więcej …
Logowanie